sobota, 31 grudnia 2016

Chapter Three



Wesele młodego małżeństwa Götze trwało od dwóch godzin. Coraz więcej zaproszonych bawiło się na parkiecie, co było niemałym zaskoczeniem, ponieważ dosyć długa ceremonia zaślubin dawała o sobie znać. Para młoda w dalszym ciągu przyjmowała życzenia i prezenty od gości, a ich świadkowie, niczym profesjonaliści, zachowywali się zupełnie jakby nigdy na siebie nie wpadli. Kto by pomyślał, że parę lat wstecz byli w sobie szalenie zakochani?
Dzisiejszego dnia, Marco Reus prezentował się perfekcyjnie. Miał na sobie czarny garnitur, muszkę w tym samym kolorze, a to wszystko uzupełniały eleganckie buty oraz srebrny zegarek. Jego włosy były ułożone jak zwykle z ogromnym poświęceniem, a na jego policzkach gościł delikatny zarost. Mężczyzna co jakiś czas zerkał na swoją byłą partnerkę i niestety wszystko przed czym uciekał wracało jak bumerang. Z jednej strony nie chciał znać dziewczyny, była dla niego nikim i zamierzał dobitnie ją o tym powiadomić, ale z każdym jej uśmiechem czuł się zdecydowanie lepiej. Była niesamowicie piękna te pięć lat temu, a teraz po prostu dorosła i wyglądała jak prawdziwa kobieta, której pożądał każdy facet. Mimo wszystko widział w niej już jedynie osobę, która całkowicie go zniszczyła. Potrzebował dużo czasu, aby dojść do siebie po tym, co mu zrobiła.
- Kochanie, co się dzieje? - spytała Nicole, obejmując w pasie pomocnika Borussii Dortmund. - Wszystko w porządku?
- Oczywiście - uśmiechnął się i pocałował blondynkę w policzek. - Jeszcze tylko kilka prezentów i zaraz do ciebie dołączę.
- Na pewno? Widzę, że Shay doprowadza cię do białej gorączki i uwierz, chciałabym usłyszeć to, co masz jej do powiedzenia. Zasłużyła na to.
Zaśmiał się.
- Nie chcę mieć z nią do czynienia. Dziś, wiadomo, łączą nas obowiązki, ale kiedy to się skończy, wszystko będzie w najlepszym porządku. Jak do tej pory - dodał nieco ciszej. Nicole nie odezwała się ani słowem, bo wiedziała, że blondyn kłamie, ale nie chciała teraz zaczynać kłótni. Nie w chwili, kiedy wszystko zaczyna się układać. Kiedy Marco wreszcie zapomniał o Shay i sama powoli staje się jego ukochaną. Długo czekała na to, by obdarzył ją swoim zaufaniem, ale zdawała sobie sprawę, że piłkarz najbardziej potrzebował czasu. Nicole nienawidziła Shay z całego serca. Uważała, że młoda Brömmel nie zasługiwała na miłość, którą darzył ją Marco i teraz, gdy zajęła jej miejsce była w stanie zrobić wszystko, by ponownie nie weszła jej w drogę. Kto by pomyślał, że przyjaźń może doprowadzić do takiego stanu.. Jeszcze parę lat temu dziewczyny łączyła więź, którą zdawała się trwać wiecznie, jednak wszystko się zmieniło. Od niedawna były przyrodnimi siostrami, a już od dwóch lat nie wysyłają sobie nawet głupich życzeń na święta. Powodem tego wszystkiego oczywiście był on. Nieziemsko przystojny blondyn z oczami i uśmiechem, dla którego kobiety zwykle były w stanie zrobić wszystko. Od pewnego czasu zmienił swoje nastawienie, ale idealnie się z tym krył. Komu wpadłoby do głowy, że ten skromny, wspaniały piłkarz niemieckiej Bundesligi w rzeczywistości był pozbawionym wszelkich uczuć mężczyzną? W dodatku na kobiety działał jak magnes, lecz finalnie żadnej nie wpuścił do swojego serca. Wszystkie stanowiły tylko zabawę, moment zapomnienia, czy odskocznię. Marco Reus to facet bezwzględny, stanowczy, okropnie konsekwentny w swoich poczynaniach, a na domiar złego cholernie seksowny. Od zawsze sprawiał, że kobiety wręcz zapominały się w jego towarzystwie, działał na nie jak narkotyk i lubił to, jeśli tylko obiekt jego tymczasowych westchnień nie oczekiwał nic zobowiązującego. Warto jednak wspomnieć, że nie zawsze tak było. Czuł do siebie ogromny żal, można wręcz powiedzieć, że nienawidził siebie za to, jak łatwo wpuścił siostrę Brömmel do swojego życia, potem dał się rozkochać, a w rezultacie zranić. Nie biorąc pod uwagę wielu kontuzji, których nie mógł od siebie odpędzić, przegranej finału Ligi Mistrzów, oraz dzielenia hotelowego pokoju z Pierre-Emerickiem Aubameyangiem, zaufanie Shay uważał za swoją największą życiową porażkę.

Shay's POV 


Gdy wręczanie prezentów wreszcie dobiegło końca, ruszyłam w stronę Yannicka, który rozmawiał z moją mamą. Nie chciałam im przeszkadzać, więc po prostu stałam i ich obserwowałam. Byłam pewna, że mama bardzo go polubiła i zaczynałam odczuwać wyrzuty sumienia, ponieważ wszystko szło zgodnie z planem. Po chwili obydwoje mnie zauważyli, dlatego podeszłam bliżej. Okazało się, że przez cały czas, kiedy ja odbierałam prezenty od gości, mama opowiedziała mojemu partnerowi najbardziej wstydliwe i godne zapomnienia momenty z mego życia. Po tym jak już wreszcie skończył się ze mnie śmiać, brunet od razu objął mnie w pasie i złożył na moim czole krótki pocałunek.
- Nie mogę uwierzyć, że wpadłaś do basenu z pingwinami. Nawet nie sądziłem, że to możliwe - zaczął znowu, powodując u mnie głośne westchnięcie. - A tak na marginesie, nie wiem czy już zdążyłem ci to powiedzieć, ale wyglądasz nieziemsko. Powoli zaczynam żałować, że zgodziłem się brać udział w tym przedstawieniu... Co, jeżeli naprawdę zechcę, żebyś była moja?
Obydwoje wybuchnęliśmy śmiechem.
- Potem będziemy się o to martwić, ale na razie chodźmy coś zjeść - wzięłam go za rękę i udaliśmy się w stronę ogromnego stołu, na którym znajdowały się różne słodycze. Zaczynając od ciast, a na lizakach kończąc. Prawdziwy raj.
Przechodząc obok jednego ze stolików, serce gwałtownie mi przyspieszyło. Od początku wesela nie udało mi się wpaść na przyjaciół Marco, a teraz nagle wszyscy siedzieli przy jednym stole. Gdy Nicole szepnęła coś do blondyna, a on następnie wbił w nas swój wzrok, a zaraz za nim cała reszta, czułam się strasznie niekomfortowo i podejrzewam, że Yannick także. Jednak było to nieuniknione.
- Zaraz do nich podejdę i przedstawię lekcję dobrych manier - nałożył sobie na talerzyk kawałek ulubionego ciasta bezowego. - Nie wypada tak się na kogoś gapić, a w dodatku obgadywać.
- Spróbuj nie zwracać uwagi. Wiedziałam, że tak będzie, ale proszę, odpuść. Nie chciałabym psuć wesela mojej własnej siostry - powiedziałam szczerze. - To tylko jeden wieczór, a potem wrócimy do Londynu i wszystko będzie jak dawniej.
- Dopiero co przyleciałaś i już mówisz o powrocie - odwróciłam się, by zlokalizować rozmówcę. - Ja też kocham Londyn, jednak daj się sobą trochę nacieszyć. Byłyśmy tylko na jednej imprezie. Przepraszam, my się chyba nie znamy - kobieta wyciągnęła dłoń w stronę Yannicka. - Montana Yorke, bardzo miło mi cię poznać.
- Mi również. Yannick Carrasco - odparł z uśmiechem. - Nie będę wam przeszkadzać, pójdę się przewietrzyć.
- Wiedziałam, że nie masz złego gustu co do facetów - powiedziała, gdy tylko brunet odszedł w stronę tarasu. - Ale nie sądziłam, że on będzie tak kurewsko przystojny! Skąd ty go wzięłaś?
- Długa historia - zaśmiałam się. - Gdzie zgubiłaś Andre?
- Nie jesteśmy już razem - odparła, tkwiąc wzrok w obrazie za nami.
- Przepraszam, naprawdę nie wiedziałam. Przykro mi.
- Nic się nie stało, kochanie - uśmiechnęła się. - Po prostu zdecydowaliśmy, że potrzebujemy czasu. Nie jestem pewna, czy czuję do niego to samo, co kiedyś. Ludzie się zmieniają, jesteśmy młodzi.. Po co tkwić w czymś, co nie ma sensu, skoro być może na każde z nas czeka jeszcze prawdziwa miłość? - powiedziała, zakładając kosmyk włosów za ucho. - Popatrz na siebie i Marco. Rozstaliście się i po jakimś czasie znaleźliście kogoś, przy kim jesteście szczęśliwi. No.. - zawahała się. - Nie ukrywam, że Reus mógłby trafić lepiej. Nie ufam Nicole. Jak większość z resztą.
Zaśmiałam się chłodno. Gdybyś tylko wiedziała o wszystkim.
- Może lepiej nie powinnam wypowiadać się na ten temat - zaczęłam stanowczo. - Trochę to głupie, nie uważasz? Miałabym oceniać wybór Marco, podczas gdy sama wywinęłam mu niezły numer.
- Każdy popełnia błędy, Shay. Nie pochwalam tego co zrobiłaś, ale po co żyć przeszłością? Ruszyliście naprzód i to jest najważniejsze. Uważam tylko, że powinniście sobie wszystko wyjaśnić.
- Nie wiem, czy potrafiłabym o tym z nim rozmawiać. Wolę tak, jak jest teraz. Nie mamy kontaktu i niech tak pozostanie.
- To już twój wybór, kochanie - przytuliła mnie. - A teraz chodźmy tańczyć, trzeba się odstresować. A potem ukradniemy butelkę wina i pójdziemy się napić.
Zaśmiałam się.
- No dobra, może dwie - dodała i pociągnęła mnie na parkiet.
Montano Yorke, jesteś jedną z najwspanialszych osób jakie znam.


***


Zegar wskazywał pierwszą nad ranem. Po podaniu tortu i pokazie fajerwerków przyznałam, że na ilość wypitego alkoholu, wszyscy goście trzymali się znakomicie. No może oprócz mnie. Nie byłam nie wiadomo jak pijana, ale powoli plątał mi się język. Do tego alkohol płynący w moich żyłach dodawał mi odwagi oraz poprawił niezbyt idealny tej nocy humor.
Od piętnastu minut szukałam Yannicka. Potrzebowałam go, jego dotyku, jego ust. Widok obściskujących się Nicole i Marco przyprawił mnie o mdłości. Jeśli ta głupia suka robiła to specjalnie, by mnie wyprowadzić z równowagi, to idealnie jej się to udawało. Nie, że byłam o niego zazdrosna. Po prostu robiła ze mnie idiotkę. Podczas, gdy już doskonale wiedziałam, że ja i Reus to temat zamknięty na cztery spusty, ona przez cały dzisiejszy dzień pokazywała mi, że jestem nikim i z dumą prezentowała fakt, że zajęła moje miejsce. Naprawdę, przez chwilę myślałam, że zaczną pieprzyć się na stole. Najlepiej dmuchać na zimne, więc wyruszyłam na poszukiwaniu mojego partnera. Po drodze jednak wpadłam na rodziców Mario, więc wypadało chwilę z nimi porozmawiać. Wypytali mnie o życie w Londynie, studia i najbliższe plany. Państwo Götze byli naprawdę kochani, cieszyłam się, że teraz będziemy się częściej spotykać. Ann zasługiwała na takich teściów; i uważam, że Mario również nie trafił na gorszych.
Kiedy już nie miałam siły, żeby szukać Yannicka po tym całym ogromnym budynku, wreszcie udało mi się go zlokalizować. Rozmawiał z kimś, lecz z tej perspektywy nie mogłam ustalić z kim. Podeszłam bliżej i oczy o mało nie wyszły mi z orbit. Nie, to nie wszystko. Byłam bliska zawału!
- Tu jesteś, szukałam cię wszędzie - powiedziałam i złożyłam na jego policzku krótki pocałunek. - Widzę, że już skończyłaś wymieniać ślinę z Marco. Nawet nie próbuj zbliżać się do Yannicka - powiedziałam żartobliwie, lecz bardzo dobitnie. Myślę, że moja cudowna przyrodnia siostra nie wyczuła sarkazmu, gdyż była już mocno podpita.
- Spokojnie, Shay. Chciałam tylko poznać mojego przyszłego szwagra. O.. przepraszam. Lepiej nic nie mówić. Kto wie, może jego też zostawisz - odgryzła się.
Yannick nawet nie drgnął, i bardzo dobrze. Doskonale przeczuwał, do czego doprowadzi ta kłótnia, ale wolał się w nią nie mieszać, więc uznał, że pójście do łazienki było najrozsądniejszym w tej sytuacji wyjściem.
- Co, zatkało? Czyżby niewyparzony język Shay Brömmel nie wiedział, co zrobić? - parsknęła. - Ostrzegam, jeśli tylko spróbujesz zbliżyć się do Marco, to bardzo tego pożałujesz, siostrzyczko. Jesteś zwykłą dziwką, która nie zasługuje na szczęście. Mam nadzieję, że Yannick zrobi z tobą to samo, co ty Marco. Niech cię zostawi samą, a zdechniesz, bo nie znaczysz kompletnie nic nawet dla swoich rodziców. Wiadome, że mając do wyboru mnie, a ciebie, sto razy bardziej wolą moje towarzystwo.
Nie wytrzymałam. Wszystko się we mnie gotowało, więc uderzyłam ją w twarz, na co ona oddała mi tym samym, a w dodatku popchnęła mnie na stolik z kwiatami. Oczywiście wszystkie spadły. Moja sukienka wyglądała tragicznie, z całą pewnością mój makijaż również, a do tego wszystkiego miałam ochotę wybuchnąć płaczem. Na szczęście nie narobiłyśmy większych szkód i prawie nikt nie zorientował się co tu się wydarzyło. Nikt prócz Marco, który niemal od razu dołączył do swej ukochanej oraz Mario i Ann, którzy pomogli mi wstać. Chwiałam się na nogach, a z mojego ramienia spływały strugi krwi. Para młoda bez słowa ruszyła po apteczkę, starając się nie robić zamieszania.
- Shay, kochanie, co ci się stało? - spytał Yannick, wpatrując się we mnie, jakby conajmniej zobaczył ducha. - Kto ci to zrobił?
Nie odpowiedziałam. Nie miałam siły. Nie chciałam toczyć wojny na weselu mojej własnej siostry.
- Widzisz, nawet takie wydarzenie potrafisz zepsuć - wycedził Marcel, który nie wiadomo skąd się tu znalazł.
- Jakbyś nie zauważył, to moja dziewczyna leży z zakrwawioną ręką, a nie z uśmiechem na twarzy jak co poniektórzy - warknął trzymający mnie brunet.
- Twoja dziewczyna nie troszczy się o nikogo, więc nie próbuj zabierać tutaj głosu - odezwał się wreszcie Reus, a jad w jego głosie był nie do opisania. - Jeszcze jej nie znasz.
- To, że ciebie zostawiła, nie oznacza, że mnie również. Pogódź się z tym, bo brzmisz jak panienka. Dopiero co się odezwałeś, a ja już nie mogę słuchać - rzekł z politowaniem. - I lepiej zabierz tą małą sukę, bo nie mogę na nią patrzeć - wskazał na Nicole.
- Nikt ci nie każe - podszedł bliżej blondyn, stając na przeciwko Yannicka. - I uważaj co mówisz, bo zaraz obiję ci mordę. Nienawidzę, gdy ktoś zwraca się tak do mojej kobiety.
- A jak twoja była leży przez nią cała we krwi, to jakoś ci nie przeszkadza - zaśmiał się Carrasco.
- Nie obchodzi mnie nic, co związane z tą dziwką - wskazał na mnie. Jego słowa raniły mnie coraz bardziej.
Yannick natomiast nie mógł już tego słuchać. Chwycił Marco za szyję i wymierzył potężny cios w jego twarz. Reus nie pozostawał dłużny i z impetem przycisnął mężczyznę do ściany, wolną ręką okładając go pięściami. Gdyby nie Mario i Robert, najprawdopodobniej skończyło by się w szpitalu...
Nic do mnie nie docierało. Ann z Anią i Montaną próbowały oczyścić mi ranę w pokoju na górze. Co jakiś czas któraś z nich pytała, czy boli, a ja tylko kiwałam głową, że nie. Czułam się fatalnie psychicznie i fizycznie. W tamtym momencie byłam pozbawiona jakiejkolwiek chęci do życia, więc parę kawałków szkła znajdujących się w ramieniu, nie robiło na mnie żadnego wrażenia.


***


Szczęśliwego Nowego Roku, Kochani!
 

środa, 27 lipca 2016

Chapter Two



Brunetka bez większych problemów dostała się do domu, jednak nie tak, jak się na to zapowiadało. Umówiła się z rodzicielką, że ktoś będzie czekał na nią na lotnisku, a w rzeczywistości nie było nikogo. Sophie szybko zadzwoniła na taksówkę i dwadzieścia minut później czekała przed drzwiami wejściowymi, aż ktoś raczy jej otworzyć. Na całe szczęście nim się obejrzała, stała oko w oko ze swoją ciotką. Tak jak się spodziewała - większość rodziny już przyjechała na ślub. 


- Shay, kochanie! - wrzasnęła uradowana Amber, młodsza o pięć lat siostra Victorii. - Jak dawno cię nie widziałam! Ależ się zmieniłaś - powiedziała, gdy wreszcie oderwały się od siebie. Na twarzy ciemnowłosej malował się szczery uśmiech, bo rzeczywiście, widziały się jeszcze przed przeprowadzką do Londynu. Szmat czasu. - Wypiękniałaś, słoneczko. Anglia ci służy.


- Dziękuję, ciociu - zaśmiała się Shay, odstawiając walizki na środek salonu. Wszędzie ustawione były kwiaty, balony, zdjęcia Ann i Mario. Widać, że już jutro starsza córka Victorii i Thomasa wychodzi za mąż. - Za to ty w ogóle się nie zmieniłaś. Gdzie są wszyscy?


- Tu jesteśmy! - usłyszały wołanie z ogrodu. Dołączyły do reszty rodziny, która wspólnymi siłami myła dwa samochody. Bardzo zabawny widok. 


- Przepraszam skarbie, że nikt po ciebie nie przyjechał, ale ten czas tak szybko leci, a my jeszcze jesteśmy w lesie - rzekła Victoria, tuląc do siebie córkę. - Rzeczywiście pięknie wyglądasz. To, że cię nie widzimy codziennie utwierdza nas w przekonaniu, że zdecydowanie dorastasz zbyt szybko.

- Otóż to - zgodził się nowy mąż jej mamy. - Niedługo i ty będziesz przeżywać tak ważne dla siebie chwile.


- O to jednak nie musicie się martwić - pomyślała. - Gdzie podziała się Ann?


- Zobacz w jej pokoju, tam ostatnio była - odpowiedziała ciotka Amber, sięgając po gąbkę. - Zróbmy to jak najszybciej, błagam was - dodała, a reszta po prostu się zaśmiała.


Wchodząc ponownie do domu i omijając dekoracje, ciemnowłosa starała się iść jak najciszej. Pokonywała kolejne schodki i już stała przed pokojem Ann. Zapukała lekko i zaraz po tym weszła do środka, lecz dziewczyny tam nie było. Usłyszała natomiast wodę pod prysznicem, więc postanowiła poczekać i rzuciła się na łóżko właścicielki pokaźnej sypialni. Jak za dawnych czasów.


Po kwadransie Ann opuściła łazienkę w samym ręczniku i o mały włos, a nie byłoby żadnego ślubu.


- Shay! - krzyknęła. - Ale mnie przestraszyłaś. 


- Tak, też się cieszę, że cię widzę - wstała i rzuciła się siostrze na szyję. 


- Kiedy przyjechałaś? - spytała szatynka. - Wydaje mi się, czy rozjaśniłaś włosy?


- Przed chwilą. Zgadza się - na twarzy Shay ponownie tego dnia zagościł ogromny uśmiech. - W końcu jako twoja świadkowa również muszę dobrze wyglądać.


- Nic ci nie brakuje - skomentowała przyszła panna młoda. - Cholera, gdzie się podziała moja młodsza siostra?


- Przecież tu stoję, idiotko - zaśmiała się brunetka, chodząc po pokoju - Nic się tu nie zmieniło, chyba - powiedziała, wskazując na ogromną antyramę ze zdjęciami. Następnie rzuciła okiem na ogromnego, pluszowego misia, który spokojnie siedział z lewej strony łóżka. - Cieszę się, że jesteś szczęśliwa, Ann. 


- Jestem. Nigdy nie byłam niczego bardziej pewna, niż tego, kiedy mówiłam mu "tak" - odrzekła powoli, jakby bała się reakcji siostry. - Kocham go i wiem, że już zawsze tak będzie. Wiadomo, że się kłócimy, nie zawsze jest kolorowo, ale tylko to sprawia, że coraz bardziej mu ufam, Shay. Mam nadzieję, że ty również znajdziesz kogoś takiego. 


- Nie zaczynaj, proszę. Chociaż ty daj mi święty spokój i nie próbuj mnie pouczać, bo i tak nic to nie da, zrozum wreszcie - lekko podniosła głos. - Jest mi dobrze tak jak jest i...


- A jak jest? - weszła jej w słowo. - Martwimy się o ciebie, tak trudno to zrozumieć? Przeprowadziłaś się do Londynu i nie wiem, co chciałaś tym osiągnąć. Zmieniłaś się, owszem, ale tylko na zewnątrz. W środku nadal błądzisz, nie wiesz czego chcesz. Musisz zacząć robić coś ze sobą, bo taki tryb życia jest dobry tylko na chwilę. Popatrz dookoła... Jest tyle rzeczy, relacji, które mogłabyś naprawić jeśli tylko byś tego chciała.


- Nie, Ann! To ty zrozum - Shay była na granicy łez. Ledwo co przyjechała i już miała ochotę lecieć do Anglii. - Nie chcę wracać do przeszłości. Zbyt wiele czasu zajęło mi, by zapomnieć, żeby teraz to wszystko rozdrapywać. To moje życie i moje wybory. Uwierz - dodała, tym razem już nieco łagodniej. - Ogromnie doceniam to, że się martwisz, że obchodzi cię to, co robię, ale naprawdę nie ma potrzeby. Jak tylko będę chciała coś zmienić, to to zrobię. I proszę, nie wracajmy do tego. Nie chcę, żebyśmy się pokłóciły dzień przed twoim ślubem.


Ann westchnęła głośno, lecz pokiwała twierdząco głową.


- Jak wolisz, ale pamiętaj, że co by się nie działo, zawsze możesz ze mną porozmawiać. Niezależnie od tego co zrobisz, będę stała po twojej stronie, dopóki sama nie zwariuję - zaśmiała się. - A teraz się ubieraj, mamy mało czasu. - szatynka od razu wyczuła zakłopotanie w oczach Sophie. - No błagam... Chyba nie myślałaś, że ominie cię wieczór panieński jedynej siostry?










Kiedy Shay po raz setny spojrzała w lustro i wreszcie uznała, że jest całkowicie gotowa, zeszła na dół i postanowiła czekać na Ann Kathrin. Nie chciała do niej zaglądać i niepotrzebnie pospieszać, gdyż następne trzy doby były jednymi z najważniejszych w jej życiu. Na pewno więc i na wieczorze panieńskim chciała prezentować się perfekcyjnie.


Weszła do kuchni i wzięła sobie butelkę wody. Głowa pękała od ilości ciast i ciasteczek poustawianych na wszystkich blatach i nawet na wyspie, którymi mama chciała poczęstować rodzinę, stale odwiedzającą dom przed ślubem. Nie było późno, dlatego po dole ciągle ktoś się krzątał. Sophie kolejny raz przymuszona była wysłuchać historii o tym, co wyprawiała, gdy była jeszcze małą dziewczynką. Ile razy spadła z roweru, złamała nogę, czy po prostu zgubiła się na wakacjach. Wszystko zależało od tego, o czym członkowie dużej rodziny sobie przypomną. Kiedy miała ochotę wrócić do pokoju, dostrzegła plik kartek, pozostawionych na krzesełku barowym. Jak szybko się zorientowała, była to lista gości zaproszonych na ślub. Z każdym kolejnym nazwiskiem czuła, że z pewnością długo nie zapomni nadchodzących dni. Leonardo Bittencourt, Marcel Fornell, Robin Kaul, Moritz Leitner, Robert Lewandowski, Marco Reus. Do tego ich ukochane partnerki, jeśli oczywiście któryś takową posiadał. Dziewczyna nie chciała dłużej o tym myśleć i jak najszybciej zostawiła kartki tam, skąd je wzięła. Niepotrzebnie stresuje się przed czasem. 


- Gotowa? - usłyszała kroki Ann, która wyglądała po prostu przepięknie. Założyła dosyć krótką, białą sukienkę z koronki, a do tego eleganckie, czarne sandałki na szpilce. Pomyśleć co będzie jutro, kiedy wszyscy ją zobaczą w ślubnej kreacji.


- No jasne, zauważyłam, że taksówka już czeka - powiedziała ciemnowłosa, ostatni raz poprawiając usta ulubioną matową szminką. 










Klub Cocaine, w którym miała odbyć się wyjątkowa impreza, jak zwykle tętnił życiem. Tym razem jednak bawiły się tutaj same kobiety, których swoją drogą Ann zaprosiła bardzo dużo. Jako modelka znana już prawie na całym świecie, miała dużo koleżanek, bez których nie wyobrażała sobie tego wieczoru. Kiedy razem ze swoją świadkową przekroczyły próg klubu, od razu podchodziły do nich inne dziewczyny, wręczając drobne upominki.


- Shay, czy to ty? - spytała drobna blondynka o niebieskich oczach. - Nie poznałam cię. Co u ciebie? Opowiadaj, jak tam Londyn?


- Tak to ja - odpowiedziała, nieznacznie się uśmiechając. Najgorsze w tym wszystkim było to, że nie wiedziała, czego się spodziewać po przyjaciółkach siostry. - Niemal od razu pokochałam Anglię. To niesamowite, jak czas szybko tam płynie - dodała. - A co u was, Montana? Słyszałam, że ty i Andre planujecie ślub.


- Powoli zaczynamy - uśmiechnęła się. - Ale spokojnie, jeśli już coś ustalimy, na pewno dostaniesz zaproszenie.


- Nie wiem, czy to najlepszy pomysł. Po tym co się wydarzyło... - zaczęła niepewnie. - Nie jestem pewna, czy Andre chciałby, żebym była obecna w tak ważnym dla was dniu.


Kanadyjka długo zastanawiała się, co tak naprawdę powiedzieć. Wiedziała, że to, w jaki sposób Shay i Marco się rozstali, po prostu nie podobał się jej przyszłemu mężowi, ale nie był tak sceptycznie do niej nastawiony. Jako jedyny z przyjaciół Reusa, nie obwiniał o to wszystko tylko młodej dziewczyny. Uważał, że wina zawsze leży również po drugiej stronie i najpierw należy wysłuchać Niemki, a dopiero potem się wypowiadać. Przyjął teorię, że gdyby Woody naprawdę kochał brunetkę, nie dałby jej odejść tak łatwo. A właściwie w ogóle nie pozwoliłby jej opuścić Dortmundu.  A co on zrobił? Nawet nie próbował zatrzymać Shay, po raz tysięczny zapewnić, jak bardzo ją kocha i nie wyobraża sobie, żeby miała teraz wyjechać. Nic z tych rzeczy. Wolał imprezować i tłumaczyć wszystkim, jak to wszystko po nim spłynęło. A w rzeczywistości wszyscy wiedzieli, co naprawdę w nim siedziało. Stał się szorstki, arogancki, odwrócił się od wszystkich. Przyjaciołom zajęło dużo czasu, żeby ponownie sprowadzić go na ziemię, zanim zniszczyłby sobie karierę, a co gorsza - życie.


- Jestem pewna, że się mylisz, Shay - odrzekła  z przekonaniem Yorke. - Kto jak kto, ale Andre najbardziej z nich wszystkich starał się cię zrozumieć. Tłumaczył to wszystkim na wiele sposobów, że musiałaś mieć powód, by wyjechać - ciągnęła dalej, podając dwudziestopięciolatce drinka. - Chcę, żebyś wiedziała, że ja; i myślę, że też inne dziewczyny nie zamierzamy prawić ci kazań, bo jesteś dorosła, skarbie. Zrobiłaś tak, jak uważałaś za stosowne i musimy się z tym pogodzić. Najwyraźniej miałaś powód, że opuściłaś Dortmund, w którym mieszkałaś dwadzieścia lat. I akurat za to nikt nie ma prawa cię winić - po tych słowach Shay zrobiło się niesamowicie miło, że są osoby, które jeszcze choć trochę ją rozumieją. - I nie bierz do serca tego, co powiedzą jutro inni. Pewnie zdajesz sobie sprawę z tego, że będą zdenerwowani, ale przejdzie im. Jestem tego pewna.


- Nawet nie wiesz, jak bardzo ci dziękuję - powiedziała szczerze. - Myślałam, że każdy tutaj będzie się na mnie wyżywał, a tymczasem jest inaczej. Mimo to, że raczej nie zabieram sobie do głowy tego, co myślą o mnie inni, to naprawdę, jestem ci dozgonnie wdzięczna.


- Nie ma za co - zaśmiała się niebieskooka. - Tak jak mówiłam; musiałaś mieć powód, by rzucić wszystko, wyjechać bez pożegnania i zacząć od nowa. I gdybyś chciała porozmawiać, niekoniecznie ze starszą siostrą - puściła do mnie oczko. - To wiesz gdzie mnie znaleźć.


Po tej rozmowie, zrobiło się jej trochę lżej. Może jednak nie będzie tu tak źle, jak myślała przez cały czas? Wie, że większe nieprzyjemności spotkają ją jutro, ale zrobiła tyle kroków w przód, że nie wybaczyłaby sobie tego, gdyby odpuściła w takim momencie, kiedy znajduje się prawie na samej górze.


Z każdą godziną impreza coraz bardziej się rozkręcała. Shay czuła się coraz pewniej i nie wiedziała, czy to za sprawą drinków, czy tego, że nikt tutaj obecny nie miał zamiaru poruszać tematu blondyna. Dziewczyna dawno nie była na tak dobrej imprezie i żałowała tylko tego, że nie miała tyle szczęścia i przy okazji nie spotkała jakiegoś przystojnego faceta, który umiliłby jej wieczór jeszcze bardziej. Kiedy już głowa mogła jej pęknąć od nadmiaru decybeli, zdecydowała się wyjść na zewnątrz, by trochę odpocząć. Starała się jak mogła, żeby opuścić klub niezauważenie, lecz kto miałby ją zauważyć, jak nie starsza siostra? 


Ciemnowłosa wyszła z budynku na ogromny taras i oparła się o jego barierkę. Nie myślała długo tylko z czarnej torebki wyciągnęła paczkę papierosów.


- Nie mówiłaś wcześniej, że palisz - powiedziała Ann Kathrin, niosąc dziewczynie butelkę z wodą, w drugiej ręce trzymając taką samą dla siebie. 


- Bo nie robię tego nałogowo - skomentowała brunetka, wdychając głęboko w płuca cienkiego Marlboro. - Tylko od czasu do czasu, kiedy mam ochotę.


- Co nie zmienia faktu, że nie powinnaś w ogóle tego robić - odrzekła starsza z sióstr.


- Błagam, Ann.. - jęknęła. - Przestań. Jeśli zapomniałaś, mam dwadzieścia pięć lat i nie potrzebuję niańki.


Na to przyszła pani Götze tylko westchnęła. Wiedziała, że nie wygra z Sophie, więc chociaż na chwilę postanowiła odpuścić.


- Mogę cię o coś spytać? - zaczęła delikatnie, wiedząc, że jej następne słowa mogą wywołać prawdziwą burzę. Kiedy dostała twierdzące kiwnięcie głową jako odpowiedź, postanowiła kontynuować. Teraz, albo nigdy. - Właściwie to.. Nie zrozum mnie źle, ale po prostu chciałabym wiedzieć, dlaczego tak naprawdę wyjechałaś, bo nie powiedziałaś ani słowa, tylko zniknęłaś.


- Powiedziałam - obstawała przy swoim brunetka. - Chciałam zacząć od nowa.


- To wiem, ale dlaczego? Jakiś powód musiałaś mieć. Nie wyjeżdża się do innego kraju bez pożegnania od tak, Shay. 


Dziewczyna długo wahała się nad odpowiedzią. Może powinna skłamać? Powiedzieć siostrze to, co chce usłyszeć? Z drugiej strony to wszystko bardzo ją męczyło i wiedziała, że kiedyś będzie musiała powiedzieć prawdę. Na początku nie chciała mówić tego teraz, bo była pewna, że być może Ann nie będzie chciała mieć z nią do czynienia; i tą informacją zapewne zniszczy ślub, ale uznała, że chciałaby mieć to wszystko za sobą. 


- Ann, ja... - zaczęła bardzo zdecydowana i gotowa na to, jakie będą tego konsekwencje, lecz coś jej przerwało. Czarny Aston Martin podjechał pod klub, a wysiadła z niego przyrodnia siostra obu kobiet. Od razu poznała, do kogo należał samochód i jej serce bardzo przyspieszyło. Marco Reus wysiadł z pojazdu i szybko przemknął do drzwiczek od strony pasażera. Otworzył je pospiesznie i czekał, aż jego ukochana zrobi to samo co on. Pocałował ją na pożegnanie i z piskiem opon odjechał spod Cocaine. Wyglądali na bardzo szczęśliwych i nie potrafiła im tego zabierać. Nie mogła nikomu podać powodu, gdyż z całym przekonaniem stwierdziła, że zniszczyłoby to dosłownie wszystko. - Kiedyś ci powiem, Ann. Obiecuję, że kiedyś to zrobię, ale jeszcze nie teraz.





od autorki: Nawet nie wiecie, jak bardzo się cieszę, że wróciłam do pisania. Doszłam do etapu, że ponownie sprawia mi to ogromną radość i jestem z siebie dumna. 
A teraz, powiedzcie: Co myślicie o Shay? Jestem pewna, że snujecie sobie jakąś własną teorię, dlaczego zostawiła wszystko i wyjechała. Niestety odpowiedź na to pytanie poznacie za jakiś czas, a szczerze mówiąc nawet sama nie wiem kiedy to się stanie. Mam jeszcze dla Was jedną informację. Następny rozdział pojawi się dopiero za dwa tygodnie, 9.08, dokładnie przed moim wyjazdem na wakacje. Pewnie nie uda mi się tam nic dodać, więc rozdział numer cztery pojawi się około połowy sierpnia. Nie jestem zadowolona z tego powodu i kto wie, może uda mi się coś napisać i dodać, ale nic nie obiecuję. To chyba tyle.

No i udało się, moje modlitwy zostały wysłuchane i Mario wraca do domu. Nareszcie.

W razie jakichkolwiek pytań zostawiam Wam mojego aska - @hiwoody

Trzymajcie się!